To zdjęcie zrobiłem kilka dni temu w katowickim ZOO. Choć pewnie nie było to jej zamiarem, ta śpiąca po ciężkiej pracy żabka jest świetną ilustracją czegoś, co często nam się zdarza.
Chcemy widzieć owoce naszego życia — naszych starań, zabiegania i poświęceń. Pamiętam, jak kilkukrotnie modliłem się, aby zobaczyć jakieś owoce mojej służby. Frustrowało mnie, że moje wysiłki nie przynosiły widocznych efektów. A gdy w końcu je zobaczyłem, szybko okazało się, że to jednak za mało. Chciałem, żeby inni też je zobaczyli. Żeby docenili. Żeby wyrazili podziw.
Przyznaję z żalem, że należę do tej grupy: „Czy wszyscy widzicie, co zrobiłem?”. Nie chcę tego, a jednak łapię się na tym, że czasem wypowiadam słowa, które mają ujawnić moje sukcesy i osiągnięcia. Jestem jak ta żaba wdrapująca się na szybę.
I nie chodzi tylko o świat mediów społecznościowych. Od zawsze ludziom trudno było pozostać obojętnym na pokusę znaczenia w oczach innych. Popularności. Większość z nas nie jest jak faryzeusze, którzy „wszystkie swe uczynki spełniają po to, aby się ludziom pokazać” (Mt 23,5). Robimy rzeczy, bo są dobre. A jednak z upływem czasu pojawia się frustracja, że nikt ich nie dostrzega, podczas gdy ci, którzy bezwstydnie się chwalą, zbierają oklaski.
Gdzieś głęboko w sercu chcielibyśmy widzieć owoce — i być widzianymi.
I to nastąpi. Przyjdzie taki dzień. Wcześniej, niż myślisz, Bóg ujawni to, co robiłeś w ukryciu. Twoje owoce zaświecą kolorami jak jaja rzekotki. Bo nic nie cieszy Ojca bardziej niż sukcesy dziecka — zwłaszcza te zrodzone w ciężkiej pracy i w ukryciu.
„A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie” (Mt 6,3–4).
Poczekaj jeszcze chwilę…






